Translate

poniedziałek, 18 lutego 2019

Pośrodku gwiazd


Senna rozpięta
Czerń rozpływa się
W falistych granatach.
Świetliste punkty,
Niechciane, zagubione łodzie.
A któż wie, czy płyną,
Czy tylko snują się czekając końca,
Złocistego wschodu...

Tu w dole nierówna grudka.
To my.
To niepozorne kształty
Pod majakiem drzewa.
Któż pozna, czy to szum,
Czy wyczekujące oddechy
Oblekające cień liści.
...

Tu u nas tylko wyciągnięte
Palce.
Palce zgarbione, proste.
Zimne i te dygoczące.
To my, wskazujemy ocean,
Czy to tylko zagubione światełka...
Wędrowców w ich pociskach
Wypatrujących przyczyny.

Kto wie, może ktoś nas
Również tam wskazuje.
To my.

I w tę noc.
W tę piękną nieznaną noc...
Można by pomyśleć,
Że znajdujemy się w domu,
Że stoimy na Ziemi.

My tu jesteśmy.
W dole,
Pośrodku gwiazd.

Żywoty świętych

Czasem myślę,
O czymś pięknym.
Ale to wszystko...
...

Teraz wszystko
Przeszywa puls iskier.
Wszystko nakryte jest stalą.
Reszta jest stalą zdobiona.
To tak piękne, oblekające
Duszę słowo.
Stal. Rozumna.
Uduchowiona stal.

Bo to i już stworzono
Wielki moloch, maszynę,
Która stanowi sztukę, a wszystko,
Co sztuką ma się zwać
Do tej maszyny wchodzi.
A ta się rozrasta.
Poeci, malarze...
Wszyscy karmią potwora.

Ten natomiast
Ze wszystkich tych tworów
Ekstrahuje wcale niekiepską
Tragedię. Czasem dramacik.
A jako, że w stali coraz mniej
Komedii, także próżno jej szukać.

Grunt, gotowe utwory
Wszczepia się nienarodzonym
Dzieciom.
I tak odgrywamy swoje role.
I nie ma przypadku.
I ja nawet, gdy to piszę,
Ja odgrywam tylko swe kwestie.
Gniew boży,
Zmartwychwstanie.
To wszystko, jaki komu
Dramacik przypadnie.
A i święci pańscy są.

Nie będę się rozpisywał.
Ale w gruncie rzeczy...
Niektórzy to szukają konstruktorów.
Ale to mgła.
Słyszycie, mgła!
Nawet to, że piszę.
Piszę, bo muszę!
Ot, muszę!
Niby do odległej przeszłości.
Ktoś zrozumie, pocieszy.
I będzie.

Ale to i tak
W trzewia stwora.
I ja to wiem.
W trzewia sztuki
Skreuje czyjś żywot.

Czasem myślę,
O czymś pięknym.
Ale to wszystko...
Wszystko jest sztuką. 

Dzienniki astronauty

Naraz, nie wiedzieć
Czemu i na co,
Pomyślałem o jakiejś
Ciekłej, oblepiającej
Zegary zawiesinie.
...

Długi sen odcisnął
Piętno na kończynach.
Obumarłe wąwozy
Zdawały się rysować
Na zakurzonuch ekranach.
Zbudzona dioda zazieleniła
Kabinę.
...

Obce gwiazdy z zimno
Promieniującą łuną.
Trzaski napuchłych
Wskazówek.
Zielona dioda zastygła.
Ciężar osadzony.
Roztworzona klapa
Oblała ciemnię
Sypkim kurzem.
Planeta.
...

Osypiska piachu
Ustępują podeszwom
Skafandra.
Napatoczone obwały
Czerni chowają się
Przed prostym cięciem
Sztucznego światła.
Rękawice suną po
Rozwleczonych chałdach.
...

Pierwsze śniadanie.
Sprawozdanie algorytmów,
Syczących diód
Wśród pulsującej czerwieni.
Uśpiona noc nakłania
Ciemnością.
Wystającymi majakami.
...

Kolejne kroki
To szara mgła w tle czerni
Obleczonej kształtem.
Wieża, gród.
Zlepek nonsensu.
Dziecko snu.
Bliżej, ułuda.
Wydłużony kształt.
Przyspieszony oddech.
Pierwsze strugi potu.
...

Ciemność gwiazd.
Sylwetka majaczy w dole
Krateru.
Bez twarzy.
Wysoka.
Nadpalona obnaża
Otchłań pustego wnętrza.
Przyspieszony oddech
Osiada na szybie.
Mgła.
...

To są dzienniki astronauty. Nikt nie prosił,
Żeby je wydawać za jego życia.
Nigdy nie mówił już o tym. Tamto to inna historia.
Inna planeta. To inne życie.
Trzeba było wracać.

Sanatorium

Ciepło tulącego światła
Oblało nasze wspienione
Dusze.
To w istocie poetyckie brzmienie.

Sala mazai, pełni ludzi,
Białych kaftaników.
Obstrzyżonych roślin.
Wielkich pigułek
I kubka soku do popicia.

Gra w karty.
Rozmowy o wszystkim.
Krzyki. To wolność.
To obraz.
Wspólne spacery w deszczu.

Nocą wszyscy patrzymy
W okno.
Gwiazdy to takie łodzie
Na spokojnym granacie nieba.
Nikt nas nie widzi.
I wówczas to jest normalne.

Biblioteka wierzeń

Lepki nalot przeszył
Kolejne obwały regałów.
Stosy kartek oblekają
Snujące się chmary cieni.

Delicta.
Pochylone nad
Stronnicami z krzyżem.
Naciętymi księżycami...
Osypiskami tomów
Wszelkich świętości.

Co bardziej wyblakły
chowa się pod
Ławą, by nigdy się
Nie podnieść.
Zrewidować, osądzić,
Co wyczytał.

A wszyscy...
Wszelkie sepcjały
W jednej bibliotece.

Niezniszczalni


Bo widzi pan, to jest tak, jak w zwykłej
aparaturze. Jest ona, powiedzmy, głupia,
póki się do niej wszystkiego nie nawpycha.
To jest jak, rozumie pan, jak z dzieckiem,
z tą różnicą, że ono te informacje łączy i jakby
dobudowuje, dodaje je we wcale zgrabną całość. I o to chodzi. O ten czynnik, o tę cywilizacyjną
sprawczość, którą już prawie mamy.

Niezniszczalni

To już dziś nieaktualne.
Słowa starej daty.
Nic i tak nie sposób dojrzeć.
W dali rozwlekły szum...
Szemrzący powiew.
Głuche sznury nitów.
Połacie stalowych cielsk.
Wyrostki nanizane skrzącym...

Przeciagły skowyt wiatru.
To pola. Zakurzone lasy.
Spiętrzone łąki,
Chylące się słońcu.
To cisza...
Dech Niezniszczalnych.

To jedno słowo pobrzmiewa...
Słowo wielkie, drukowane pruje
Walające się w pustce
Strzępy gazet.

'' Jajko mądrzejsze
Od kury. ''
'' Ludzkość Nieśmiertelna''

Słabe tytuły...
Widzą tylko gwiazdy.
Te same, wskazywane
Niegdyś garbatymi palcami
Młodym oczom.
Pamiątkom przeszłej prasy.

Głuchy świat
Nienarodzonych dzieci.
Dzieci pilnych.
Dzieci zsymulowanej sprawczości.
Dzieci diód i pulsowań.

Dzieci na paru płytkach,
Co przerosły pot ludzki.
Szum niezastygłej krwi.
Ostatnie słowa
Niezniszczalnych.

Słowa zachowane
W pamięci szmatławych gazet.
Ludzkość...
Pierwiastek cywilizacyjnej sprawczości.

Niepokój

W cichym, nietkniętym
Uniesieniu czuć czasami
Drobną woń gwiazd.
Ich lśniące iskry.
Milczące kresy...
Struny mijających mgieł.
Gdzie lecicie?
Ku wszystkim, otulić
W wieczną, migoczącą noc.

Kiedy ja do tej jednej.
Ku czerwonej przełęczy.
Iskry, ogniste
Turkusy wiją językami ognia.
Ciemny duch czerwieni oplata...
Zabierz mnie. To puls. To puls.
I pojmij. Oblecz skałami
I rozlej się w cieple.
Niech to będzie pocałunek.
...

Oddech przyziemnych
Wiatrów przeszył wspieniony
Ogień. To opary.
Wsiąka we mnie.
To ja. Wyciskam.
Przedarłszy się.
Uduś.
Uduś dla ciemni.
Uduś dla tych gwiazd.
Niech oddam się nocy.

Nie gińmy tu. W ten sen.
Nasz sen.
Więc puść.
To mruki, drżenia.
Walające okruchy
Dech. Piekielny
Ten dech niepokoju.
Martwa purpuro ciemni...
...

W cichym bezkresie, zdaje się,
Skryły się gwiazdy.
I pewien człowiek powiedział,
Że zawsze znajdą się iskry,
Że nic się nie ukrywa.
I zawsze można je znaleźć.